czwartek, 17 maja 2012
Pokonferencyjne refleksje

W poprzednim tygodniu zapowiadałam wyjazd na wrocławską konferencję "Media Moda Wizerunek" - no i udało mi się na nią dojechać. Wróciłam zmęczona (to dobry objaw) i pełna różnych przemyśleń. Minął tydzień, emocje opadły, czas na małe podsumowanie.

Podobno żyjemy w kraju, w którym ludzie pasjonują się prognozami pogody, więc zacznę tak: pogoda we Wrocławiu była rewelacyjna. A konferencja jak? 

Zasadniczo konferencja była podzielona na dwie części: wystąpienia i bankiet.

Jeśli chodzi o wystąpienia, to z sesji plenarnych bezapelacyjnym numerem jeden został dla mnie pan Jacek Kłak, który szefuje łódzkiemu tygodniowi mody. Dlaczego? Bo jego wystąpienie było konkretne, merytoryczne i na temat. Mówił o projekcie, a nie o sobie. Skupiał się na pozytywnych stronach przedsięwzięcia, ale nie ignorował pojawiających się problemów. Nie użył też ani razu słów "walka" czy "przeciwnicy" mówiąc np. o zdobywaniu środków finansowych na zorganizowanie imprezy czy nawiązując do sytuacji wielości imprez promujących osoby projektujące ubiór w Polsce. Bardzo mi to jego podejście do tematu odpowiadało i potwierdziło moje wyobrażenie jego osoby, które sobie do tej pory wyrobiłam. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, świetny wywiad z panem Kłakiem znajduje się na stronie Ultra Żurnalu.

Bardzo podobało mi się również wystąpienie pana Romana Ziai, który opowiadał o roli agencji modelek w przygotowaniu modelek do pracy w modelingu oraz jego przykłady, jak modelka może wyróżnić się spośród setek innnych biorąc udział w castingu. Sposób, w jaki o tym opowiadał pokazywał, że praca agencji to zdecydowanie więcej niż bycie "stajnią" dla ładnych buziek, a sama praca modelki to przede wszystkim ciężka praca niż świat spełnionych marzeń. Od kilkunastoletniej istoty o ładnej twarzy wymaga się dojrzałości trzydziestopięcioletniej kobiety - niby oczywiste, ale nazwane po imieniu pokazuje skalę wymagań. Dla mnie to była nowość, bo o modelingu wiem, że modelki istnieją, nigdy nie zgłębiałam tego, jak to się dzieje, że trafiają na wybieg. Teraz tym bardziej im nie zazdroszczę. 

Z kolei najbardziej rozbawiła mnie uwaga pani redaktor magazynu "WOW", Beaty Łańcuchowskiej,  która z niejakim zawodem w głosie stwierdziła, że we Wrocławiu nie ma paparazzi. A może to raczej atut  tego miasta? Kontekst tych rozważań był mniej więcej taki, że jak Katarzyna Cichopek przyjechała do Wrocławia na otwarcie siłowni, to przyszło (uwaga! lepiej usiąść!) 12 osób. Być może małe zainteresowanie to nie brak paparazzi we Wrocławiu, ale tego, że Wrocławianie i Wrocławianki mają szeroką ofertę innych sposobów spędzania wolnego czasu, nieco bardziej atrakcyjnych niż wizyta celebrytki. Innymi słowy: kolejny punkt dla Wrocławia zdobyty. Przy okazji linkowania strony magazynu zauważyłam, że jego podtytuł to "fashion & dreshion" - gdyby mnie ktoś oświecił, co znaczy ten drugi człon, to byłabym zobowiązana.

Zbiegiem okoliczności, na wystąpienia pana Romana i pani Beaty zwróciła też uwagę Rykoszetka, jej spostrzeżenia możecie przeczytać tu.  

Z sesji plenarnej narodził się też pomysł na osobny wpis, już nie o samym wydarzeniu, ale o pewnej "kontrowersyjnej" kwestii - pojawi się już niedługo. 

Po sesji plenarnej nadszedł czas na tzw. obrady w sekcjach. I tu ostatecznie zrobił się mały klops, bo - jak pisałam - założeniem konferencji było połączyć osoby zajmujące się szeroko rozumianą modą, czy to przez organizowanie wydarzeń, czy przez pracę w prasie, czy na uczelniach. Założenie nadal uważam za świetne podejście, ale w praktyce okazało się, że w poszczególnych sekcjach pojawiły się osoby związane przede wszystkim z danym tematem i nim właśnie zainteresowane, czyli dalej praca toczyła się wśród osób zainteresowanych mniej więcej tym samym. Zatem siedząc w sekcji "Media Moda Sztuka" nie wiem, co działo się w innych, z prostego faktu: to fizycznie niemożliwe. I tego mi akurat bardzo szkoda, bo chciałabym wysłuchać również pozostałych osób. A tak mam obraz jednej trzeciej całości.

Zarzut, że nie mogę się roztroić w żaden sposób nie był zależny od organizatorów, pretensje mogę mieć tylko do siebie. W przyszłości może warto rozważyć zorganizowanie jednak dwudniowej konferencji.

Poza tym było też parę spraw technicznych, które jednak od organizatorów zależały i które - jeśli konferencja ma być powtórzona (i mam nadzieję, że będzie) - można poprawić. Przede wszystkim: za mało czasu na dyskusję po zakończeniu sesji plenarnych. W sytuacji, gdy prelegent/ka, który/a odpowiada na pytania rozwlekle, czas przeznaczony na dyskusję to jedno-dwa pytania. Według mnie to zdecydowanie za mało, a dyskusje naprawdę ciekawie sie rozwijały.

I sprawa druga: wszystkie osoby występujące na konferencji dostają program z wyprzedzeniem, w którym widać czarno na białym, że na wystąpienie jest 20 minut. Nie wytykając palcami kto, kiedy i jak wiele zabrał czasu przeznaczonego na wystąpienie kolejnej osoby, chciałabym poddać pod rozwagę następujący pomysł, który mój znajomy podpatrzył "na zachodzie": skoro prelegenci wiedzą, ile mają czasu, to po przykładowo 20 minutach, kiedy przekroczą przeznaczony im czas, po prostu wyłącza im się mikrofon. Sorry Winnetou - jak mawiała moja dentystka. Być może jest to rozwiązanie radykalne na polskiej ziemi, niemniej na co zwraca ono uwagę? Jeśli wiesz, że masz X czasu do wykorzystania i nie potrafisz zmieścić się w tym czasie, to znaczy, że: 1) nie jesteś dobrze przygotowany/a do wystąpienia; 2) nie szanujesz czasu i pracy włożonej w wystąpienie innych osób występujących w twojej sekcji; 3) nie szanujesz pracy organizatorów, którzy kierowowani określonymi względami stworzyli takie, a nie inne ramy programu, których należy się trzymać. Niby oczywiste, a jednak dla niektórych nie do przeskoczenia. Zawsze mnie to wnerwia na konferencjach, więc to nie jest tak, że tylko w tym przypadku się czepiam - czepiam się zawsze. I to zasadniczo nie jest uwaga do osób organizujących konferencję, ale bardziej do występujących - może ktoś przeczyta ;)

Zasadniczo z części pierwszej wyszłam z przekonaniem, że tort z napisem "moda" jest na tyle wielki, że starczy dla każdego. Pomyślałam też, że jednak trzeba będzie zrobić "modologii" profil na fejsbuku, jeśli ma się rozwijać.  

Zwieńczeniem konferencji był bankiet połączony z pokazem mody. Część nieoficjalną wspominam bardzo miło - nakarmiona świetnymi przekąskami (wybór padł na zakąski, co do których mogę napisać: nie do końca wiem, co zjadłam, ale było pyszne) i napojona malibu (drink jak drink, ale obsługa towarzysząca malibu - pierwsza klasa!) plus wyostrzona (a jakże...) świadomość, dlaczego nie piszę o pokazach mody. A dlaczego?

Podczas pokazu zaprezentowały się cztery firmy: Orsay, Miss Sixty, Ne Comme Ca oraz Penny Black. Między nimi jedną-dwie piosenki zaśpiewała Alicja Janosz. Podczas pokazu dotarło do mnie, że nie jestem w stanie wyjść poza mocno subiektywne odczucie: "to mi się podoba" czy "tego nigdy nie założę". Patrzę na ubiory przez pryzmat moich osobistych preferencji. Przykład? Nie lubię czerni, uważam, że w większości przypadków jest nudna, jej popularność jest przereklamowana, a w dodatku trudno w niej dobrze wyglądać, bo przy kiepskim makijażu wyciąga wszystkie niedoskonałości twarzy. Gorszy kolor to już tylko beż ;) Zatem jak widzę pokaz Ne Comme Ca, podczas którego na wybiegu dominuje czerń, to z punktu jestem znużona. W swoich wyborach kieruję się kolorem. Nie potrafię napisać, czy kolekcja była "dobra" czy "zła", bo nie pasuje do moich preferencji (co jest żadnym kryterium jakości kolekcji). Analogicznie: zestawienie kolorów w pokazie Penny Black w kilku przypadkach bardzo mi się spodobało. Część zdjęć z pokazu możecie zobaczyć tu. No i co to za recenzja? 

Inną sprawą, która mnie zastanowiła w sprawie pokazów, to informacja z wystąpienia Bereniki Czarnoty opowiadającej o marce Orsay. Ta marka stworzyła profil swojej klientki i określiła jej wiek na 25-36 lat (plus minus 2-3 lata, nie zapisałam dokładnie). To mnie zaskoczyło, bo na tyle, na ile znam sklepy Orsay, to wydawało mi się, że są skierowane do grupy docelowej tak z dziesięć lat młodszej. Ponieważ znajduję się w grupie, w którą Orsay celuje (zgodnie z uzyskaną informacją), to po pokazie stwierdziłam, że to nie jest dla mnie - z jednym małym wyjątkiem, czyli chabrowym żakietem. W pozostałych ubraniach wyglądałabym jakbym ściągneła je z młodszej siostry. 

Utwierdziłam się zatem we własnym przekonaniu, że recenzji z pokazów to raczej długo pisać nie będę, chyba że będą to jakieś ogólne refleksje. I pod hasłem owej ogólności chciałabym napisać, że szalenie spodobała mi się fuksja na ustach modelek. Kosmetyków do makijażu dostarczała firma Bell, więc będę się w drogeriach rozglądać za tym fuksjowym czymś na usta (rany, nawet nie wiem, czy to był błyszczyk, czy pomadka, czy pomadka posmarowana błyszczykiem, bo usta lśniły). Pozostając jeszcze na chwilę przy samych modelkach: wciąż mnie dziwi, że one się nie uśmiechają. Usłyszałam uzasadnienie, że podobno nie mogą, bo uśmiech zwraca uwagę na osobę, a odwraca uwagę od stroju i być może to i racja. Nie mam niestety porównania z pokazem, na którym modelki uśmiechałyby się od ucha do ucha, ale wydaje mi się, że widok osoby uśmiechniętej jest bardziej zachęcający do kupna ubioru, bo pozostawia wrażenie, że dziewczyna dobrze się w nim czuje - a tak bez uśmiechu to wygląda trochę jakby była na wybiegu za karę. (I w ten sposób zdobyłam szczyty subiektywnej oceny, więc czas może na podsumowanie).

Przede wszystkim: pomysł zorganizowania konferencji o takim profilu jest bardzo dobry i trzymam kciuki za to, że będzie kontynuowany. Ewentualne niedociągnięcia, które pozwoliłam sobie wytknąć, to żadne wielkie sprawy, można z tym żyć - ale zawsze może też być lepiej. Patrząc na listę zaproszonych gości, zdobytych sponsorów i ogólną ocenę wydarzenia można pogratulować Organizatorom: widać, że w to przedsięwzięcie włożono dużo pracy i dużo serca. Natomiast wszelkie uwagi krytyczne można przekuć w przyszłości na kolejne mocne strony. Tak to widzę :)  

Relację z konferencji znajdziecie również na profilu konferencji na fejsbuku oraz na stronie wrocławskiej "Gazety Wyborczej" (jak starczy czasu, doczytajcie i komentarze). Jest też krótka notka na stronie babskie.tv. Podaję celem uzupełnienia mojej subiektywnej relacji.

P.S. Następnym razem chyba zrobię z takiej relacji ze dwa-trzy posty - a na początku nazwałam to podsumowanie "małym"... ciekawe, jak wyglądałoby "duże"? ;)   

poniedziałek, 14 maja 2012
Oryginał czy kopia? Prawa autorskie w modowym przemyśle

Ostatnio dużo pisałam od siebie, więc teraz wykorzystam poglądy innych. 

Pytanie na dziś dotyczy praw autorskich do zaprojektowanych ubiorów. Zastanawiam się nad tym od czasu wpisu Harel o kolekcji firmy Zuo Corp. Sugeruję przeczytać całość wraz z komentarzami przed ciągiem dalszym.

Można też zajrzeć na bloga Into The Fashion, którego autorka świetnie wychwytuje podobieństwa między tym, co już było a "nowościami". Zatem kontekst już jest ;)

"Ciąg dalszy" to z kolei wykład na temat ochrony własności intelektualnej w zakresie ubiorów: 

Źródło: http://www.youtube.com/watch?v=VoyJmxh97Bk

Jaki model będzie zatem najlepszy: amerykański, japoński czy europejski?

W kwestii regulacji zgodnych z polskim prawem autorskim niczego nie napiszę, bo to dla mnie zupełna ziemia nieznana, ale jeśli czyta to ktoś z prawniczym wykształceniem lub zacięciem, to może pokusi się o odpowiedź na pytanie: czy i jak polskie prawo można wykorzystać do ochrony krojów ubiorów czy wzorów obuwia jako przedmiotów objętych prawem autorskim?

Pytanie ogólne zaś brzmi: czy w ogóle takie obiekty jak ubrania, buty, torebki czy biżuteria powinny być zastrzeżone dla ich twórców? (pamiętajcie tu o słupkach sprzedaży pokazanych w powyższym wykładzie ;)) Czy wystarczającą ochroną jest ochrona znaku towarowego firmy? Ponownie w tym miejscu przypominam spór o własność do wzoru Indian Nawaho.

Co Wy na to? Kto ma prawo własności do czegoś takiego jak wzór torebki, krój spodni czy kształt kolczyków? 

Tagi: pytanie
21:51, modologia , pytanie
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 maja 2012
Czy projektant to artysta? Czy ubiór to dzieło sztuki?

Zadając pytanie, czy osoby zajmujące się projektowaniem ubiorów to artyści, wkraczamy na pole minowe. Po pierwsze, łatwo kogoś urazić, nawet bez takowych intencji. Po drugie, jednoznaczna odpowiedź na to pytanie (czy to twierdząca, czy przecząca) jest zasadniczo niemożliwa, bo ustalenie kryteriów, wedle których podzielimy ludzkość na artystów i nie-artystów, co do których "wszyscy" się zgodzą to utopia. 

Czy zatem pytanie jest bez sensu skoro nie można na nie znaleźć jasnej odpowiedzi? Czy może jest źle postawione i "o to samo" można zapytać inaczej? Co możemy zrobić, żeby zbliżyć się do odpowiedzi?

Możemy rzucić okiem na historię i zobaczyć, skąd wzięło się postrzeganie osób projektujących ubrania jako artystów właśnie, stawiając kunszt posługiwania się igłą i nitką na równi z umiejętnością posługiwania się pędzlem czy dłutem.

Cofnijmy się do drugiej połowy XIX wieku i postaci Charlesa Fredericka Wortha, którego uważam za pierwszego projektanta ubioru w pełnym tego słowa znaczeniu. Dlaczego nie sięgamy wcześniej? Bo wcześniej i owszem, istniały zastępy krawcowych szyjących na zamówienie swojej możnej klienteli, ale to Worth jako pierwszy przechodzi z pozycji krawca na pozycję projektanta. On nie tylko jest realizatorem zamówień, on samodzielnie wymyśla kroje, które proponuje swoim klientkom. Zwieńczeniem jego kariery jest projektowanie strojów dla cesarzowej Eugenii, żony Napoleona III. 

Worth również jako pierwszy wprowadza do ubioru metki ze swoim imieniem i nazwiskiem - praktyka dziś oczywista, ale pomysł jak widać jest zupełnie świeży (cóż to bowiem jest, półtora wieku...).

Projektant chciał być postrzegany jako artysta właśnie, stąd przywołany poniżej jego portret, a poniżej "Autoportret" Rembrandta z 1640 roku - podobna poza, nakrycie głowy, płaszcz. Jak powiedzielibyśmy współcześnie: Worth stylizował się na artystę. 

Źródło: http://www.artchive.com/web_gallery/G/Gaspard-Felix-Tournachon-Nadar/Charles-Frederick-Worth-1825-95.html

Źródło: http://pioste.com/wplyw-chorob-oczu-na-malarstwo-2
 
Innym projektantem, który też jasno stwierdził, jak siebie postrzega, był Paul Poiret, który w 1913 roku powiedział: "Jestem artystą, a nie damskim krawcem". Poiret z kolei jako pierwszy zaczął nadawać tytuły swoim kolekcjom (np. "kolekcja bizantyjska"), prawdopodobnie dlatego, żeby dodać pewnego wymiaru symbolicznego swoim kolekcjom. Wcześniej kolekcje były po prostu numerowane. 
 
Na spostrzeganie osób projektujących ubrania jako artystów na pewno wpływ wywierały prywatne  relacje łączące ich z artystami, jak np. współpraca Coco Chanel ze Strawińskim (ok, nie tylko współpraca), z Diagilewem czy z Cocteu. Inny przykład to projekty Elsy Schiapiarelli i jej inspiracje i relacje z kręgiem surrealistów. Przykłady można mnożyć, zainteresowanych odsyłam do bloga Muzealne Mody - tam znajdziecie kopalnię przykładów.
 
Dziesięciolecia filrtu między "światem mody" a "światem sztuki" i uznania efektów pracy osób projektujących ubrania jako dzieł sztuki usankcjonowuje okładka czasopisma "Artforum" z lutego 1982 roku. Widzimy na niej suknię projektu Issey'a Miyake, która nie została tu pokazana jako pierwsza lepsza kiecka z wybiegu, ale - ze względu na opiniotwórczy charakter czasopisma - właśnie jako dzieło sztuki:
 

Źródło: http://www.thecityreview.com/extreme.html
 
Rok póżniej, w 1983, w Metropolitan Museum of Art ma miejsce retrospektywna wystawa poświęcona działalności Yves Saint Laurent'a. Po raz pierwszy na wystawie zostają pokazane dzieła żyjącego projektanta. Wystawa jest frekwencyjnym sukcesem, a tym samym ubrania pokazane w murach muzeum zyskują oficjalnie status dzieł sztuki.
 
Gigantycznym wręcz powodzeniem cieszyła się wystawa prac Alexandra McQueenn'a rok temu (również w Met), którą odwiedziło ponad 650 tysięcy zwiedzających.
 
Osobną sprawą jest otwieranie muzeów przez domy mody jak np. florenckie muzeum Gucci czy Salvatore Ferragamo.
 
Zatem ubiór zawędrował do muzeów, czyli miejsca, które z założenia zajmuje się prezentowaniem dzieł sztuki właśnie: status osób zajmujących się projektowaniem ubiorów zrównał się ze statusem "tradycyjnych" artystów (malarzy czy rzeźbiarzy). 
 
Do tego uwznioślenia włożę jednak łyżkę dziegciu (choć nie moja to łyżka, a przywołanego już kiedyś pana Piotra Sarzyńskiego z "Polityki") - otóż niewątpliwie umieszczenie ubrań w murach muzealnych nobilituje nie tylko osoby projektujące ubiory, ale także zwiedzających owe wystawy. Bo nareszcie okazuje się, że kupowanie metkowych ciuchów to nie objaw zakupoholizmu czy konsumpcyjnego stylu życia, ale jako żywo jest to swoiste inwestowanie w "dzieła sztuki". Sumienie odpoczywa, samopoczucie się poprawia. Od czasu jak przeczytałam ten artykuł, to kupując kolejną torebkę tłumaczę sobie, że tworzę kolekcję ;)  Na marginesie można też zauważyć, że same zakupy coraz rzadziej odbywają się w centrach handlowych, a coraz częściej w "galeriach", co też czynność kupowania w jakiś sposób nieco uszlachetnia.
 
Jednak po przeczytania książki Christophera Brewarda "Fashion" moje postrzeganie mody jako dziedziny sztuki, a ubioru jako dzieła sztuki zdecydowanie poszło w stronę postrzegania tych zjawisk jako elementów przemysłu. O co chodzi? O tej książce już kiedyś pisałam, więc nie chcę tego powtarzać, odsyłam Was do tego wpisu. Czyli: współczesna moda to przemysł, przede wszystkim i nade wszystko. Dla mnie to podejście jest też dlatego bardziej przekonywujące, ponieważ bardzo trudno jest wskazać jasne kryteria, które pomagałyby nam określić, co jest "sztuką", "dziełem sztuki", a co nie. Wydaje mi się, że to może być oględnie "wszystko", a poza kryterium instytucjonalnym podanym wyżej (lapidarnie rzecz ujmując: dzieła sztuki to to, co pokazują muzea), to żadne inne równie "twarde" kryterium nie przychodzi mi do głowy.
 
Bo np. czy takim kryterium będzie np. "piękno"? Kto ma decydować o tym, co jest piękne, a co nie? Może zatem "użyteczność"? Czyli jeśli coś jest użyteczne (w kwestii ubiorów: nadaje się do noszenia) to to nie jest dzieło sztuki, a jeśli jest nieużyteczne (do noszenia się nie nadaje), to kwalifikuje się na dzieło?  
 
Może zamiast dzielić efekty ludzkiej twórczości na sztukę i nie-sztukę, można spróbować określić, co jest "dobrą" sztuką, a co "złą"? Ale znów: kto ma o tym decydować? Widzicie jakieś niepodważalne autorytety? Ja jakoś nieszczególnie (ale na usprawiedliwienie dodam, że niedowidzę, więc może to dlatego). 
 
Bawiąc się w próby szufladkowania tak ulotnej sprawy jak ludzka twórczość, można jeszcze spojrzeć na sprawę z następującej strony: to coś, co potocznie nazywamy "sztuką" też obecnie podlega prawom rynku. Pewne prace się sprzedają, inne nie. Czy te, które się sprzedają, są faktycznie "lepsze", czy po prostu lepiej wypromowane? Jeśli przyjmiemy, że wszelakie "dzieła sztuki" też obecnie są podporządkowane prawom popytu i podaży - na podobieństwo ubrań - to ostatecznie możemy zrównać te dwa zjawiska ze sobą. I wychodzi na to, że i owszem: moda to sztuka ;)
 
Dlaczego tak się upieram przy położeniu punktu ciężkości na postrzeganiu projektowania ubiorów przez pryzmat bardziej przemysłowy niż przez pryzmat sztuki? Bo jak się tak przyglądam rynkowi młodych i młodszych osób zajmujących się projektowaniem ubiorów, to nie wydaje mi się, żeby owi twórcy chcieli być dostrzeżeni za lat 10-15 (czy też dopiero po śmierci), a teraz wystarcza im chleb i woda i możliwość robienia tego, co lubią, bez chodzenia na jakiekolwiek kompromisy (choć i tacy się znajdą). Raczej wydaje mi się, żę większość osób chciałaby względnie szybko zarabiać na tym, co lubią robić najbardziej na świecie, bez konieczności przechodzenia przez okres "Mam jedną pracę, która mnie utrzymuje, i drugą - jak na razie niedochodową - ale dzięki której realizuję marzenia". Jakkolwiek chęć zarabiania jak najszybciej na tym, co lubimy robić, jest zrozumiała, to jednak w większości przypadków mocno nierealna. Ćwiczenie się w projektowaniu to raczej nie jest tanie zajęcie, ileś tego materiału trzeba po prostu zepsuć, żeby osiągnąć określony efekt, a raczej nikt go za darmo nie rozdaje, trzeba zapłacić.
 
I ostatnia myśl, jaką chciałabym się tu podzielić, to też dosyć cierpka uwaga: ile procentowo osób, jest faktycznie "genialna" w swojej branży? To jest chyba jakiś promil, prawda? Ambicja dołączenia do tej grupy przez osiągnięcie biegłości w swojej dziedzinie - to akurat można tylko chwalić. Niemniej bycie świetnym rzemieślnikiem - moim zdaniem - też jest wspaniałe, a niestety koszmarnie niedoceniane.  
 
No i oczywiście: najlepiej jest mieć talent, być osobą pracowitą, przedsiębiorczą i "skazaną na sukces", a po latach zobaczyć swoje prace w muzeum. Życzę tego jak największej ilości osób.
Pytania: czy osoby projektujące ubrania to artyści? oraz: czy ubrania to dzieła sztuki? pozostawiam otwarte do dyskusji. Co Wy na to? I dlaczego tak właśnie? ;)
Tagi: pytanie
13:19, modologia , pytanie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 maja 2012
Konferencja "Media Moda Wizerunek"

Jak głosi plakat: w czwartek, 10. maja, we wrocławskiej Dolnośląskiej Szkole Wyższej "będzie się działo", czyli w jednym miejscu o modzie debatować będą i praktycy modowego biznesu, i teoretycy, którzy zjawisko mody opisują. Takie spotkania uważam za szczególnie trafione, bo tzw. światy biznesu i nauki wciąż za rzadko się spotykają i ze sobą dysktują, dużo częściej odbywa się to tak, że "praktyka" spotyka się osobno, a "teoria" osobno. 

Program został podzielony na trzy części: 1) media lifestylowe, 2) moda - sztuka - media, 3) wizerunek marki. Mam nadzieję, że na stronie konferencji lada chwila pojawi się szczegółowy program - póki co musicie uwierzyć mi na słowo, że zapowiada się ciekawie. Na bieżąco informacje można śledzić na stronie konferencji na fejsbuku.

Ważne sprawy organizacyjne:

- jeśli chcesz przyjść na konferencję i wysłuchać wybranych wystąpień (wszystkich po prostu się nie da ;)), to wstęp jest wtedy bezpłatny,

- jeśli chcesz wziąć udział w konsumpcji podczas trwania konferencji, czyli w zacnym towarzystwie spijać kawę, herbatę i posilić się obiadem - wówczas opłata wynosi 50 zł (chętne osoby niech zerkną do zakładki kontakt, poinformują organizatorki o swojej chęci konsumpcji i uregulują stosowną opłatę), 

-  pokaz mody, który odbędzie się wieczorem po zakończeniu konferencji, jest natomiast zamknięty (obowiązują zaproszenia), ale... na fejsbukowej stronie zapowiadany jest konkurs, podczas którego można wygrać zaproszenie na wieczorne spotkanie.

Piszę o tym, bo się wybieram na to wydarzenie, pełna dobrych przeczuć, że będzie dobrze, za czym przemawia wyjątkowo sprawny kontakt z Organizatorkami :) Tak właśnie oceniam wydarzenie zanim jeszcze się rozpoczęło. Tutaj jestem zatem wyjątkowo spokojna. 

Ktoś chętny na kawę w moim towarzystwie? Potrafię też rozmawiać na tematy inne niż moda ;)

sobota, 05 maja 2012
Śmieszna rzecz z tym blogowaniem

Prowadzisz bloga, coś tam sobie piszesz, masz iluś tam gości i nagle - ni z tego, ni z owego - statystyki odwiedzin szaleją. Wiedz wtedy, że coś się dzieje, czyli innymi słowy najprawdopodobniej ktoś podlinkował Twój wpis. Oczywiście, duża liczba gości cieszy, ale równocześnie zastanawiasz się, skąd oni wiedzą o tym akurat wpisie?

Czasami możesz dowiedzieć się, że Twój wpis znalazł się na tablicy jakiegoś forum, o istnieniu którego nie miałaś/eś zielonego pojęcia aż do chwili, gdy ktoś tam przekleił Twój wpis. Czasami, jakaś osoba z blogosfery podlinkuje Twój wpis na fejsbuku, o czym dowiadujesz się zupełnie przypadkiem klikając w jej otwarty dla wszystkich profil. Czasami jednak zżera Cię ciekawość, bo nawet jeśli wiesz, że przyszli do Ciebie prostą drogą z fb, to nie wiesz, kto stoi za tym zwiększonym zainteresowaniem Twoją blogową twórczością. I co wtedy?

Gdzieś-kiedyś na jakimś blogu rzucił mi się w oczy zapis, że linkowanie wpisów bez wiedzy ich autora/autorki jest zabronione. Tej praktyki zdecydowałam się nie uskuteczniać, ale...

"Ale" polega na tym, że jestem ciekawska. Chętnie dowiem się, dokąd trafia to, co piszę i nie bardzo wyobrażam sobie sytuację, że mogłabym poprosić o nielinkowanie. Jest mi miło, że ktoś uznał to, co napisałam za interesujące na tyle, żeby puścić to dalej w świat. Byłoby mi czasem jeszcze milej, gdyby mnie o tym poinformowano - w części celem zaspokojenia własnej ciekawości i próżności, a w części dlatego, że chętnie sobie doczytam, co bliźni sądzą na temat zawartości wpisu. Dlaczego? Bo - jak wymieniłam w pierwszym zdaniu tego akapitu ;) 

A po drugie, osobiście bawi mnie sytuacja, w której mój wpis jest przeklejony, toczy się "tam" nad nim dyskusja (i super, to mnie naturalnie cieszy - dyskutują, czyli warto było pisać), ale nie bardzo mam szansę odpowiedzi na wytoczone czasami argumenty, bo "modologia" nie posiada konta na fejsbuku. Być może to czas, żeby je założyć? Wtedy problem braku możliwości odpowiedzi rozwiąże się samoistnie.

Konkluzja tych rozważań jest następująca: jeśli uważasz, że to, co akurat napisałam jest warte podlinkowania, to nie ma ku temu żadnych przeciwskazań. Traktuję to jako komplement. Równocześnie dążąc do maksymalnej przyjemności własnej, byłoby mi jeszcze milej, gdybyś mnie o tym poinformował/a - czy to w komentarzu, czy w mailu. Chętnie się dowiem, co inni myślą o moim tekście, nawet jeśli nie decydują się na zamieszczenie komentarza bezpośrednio pod moim wpisem. Chodzi zatem li i jedynie o ciekawość i próżność Autorki :) 

Do tego wpisu podpuściło mnie odkrycie, że poprzedni wpis poświęcony "Nazi-szykowi" pojawił się u samej Ryfki na jej profilu na fb (dyskusję pod nim możecie śledzić tu) oraz na forum rebelya.pl, o którym istnieniu nie wiedziałam, aż mi wyskoczyło w statystykach. Obydwu stronom bardzo dziękuję :) Innych źródeł nie potrafiłam wyśledzić, ale dziękuję również ;)

Tagi: o blogu
17:19, modologia , o blogu
Link Komentarze (10) »
środa, 02 maja 2012
Nazi-szyk

Jakieś parę miesięcy temu przez media przetoczyła się informacja o kontrowersyjnym "trendzie" wśród tajskich nastolatków. W Bangkoku pojawiły się koszulki z podobizną Hitlera, który to przybrał twarz podobną do postaci takich jak klaun z McDonalda czy teletubisie. Postać zmakdonaldyzowanego Hitlera pojawiła się także w postaci całkiej sporej figurki, z którą to niektóre jednostki chętnie robiły sobie zdjęcia. Figurka na podobno zamontowany mechanizm, który pozwala jej unosić rękę w geście hitlerowskiego "pozdrowienia".

Źródło: http://www.cnngo.com/bangkok/life/hitler-chic-trend-138530

Podobno po przetransformowaniu na pandę czy teletubisia Hitler zaczyna uzyskiwać "słodki" tudzież "sympatyczny" wygląd:

Źródło: http://www.cnngo.com/bangkok/life/hitler-chic-trend-138530

Źródło: http://www.cnngo.com/bangkok/life/hitler-chic-trend-138530

Autorem tego pomysłu jest człowiek o pseudonimie "Hut" (tak przedstawia się w artykule dla CNN), który broni tego pomysłu mówiąc, że nie chodzi mu o to, że on lubi Hitlera, ale "on po prostu śmiesznie wygląda i jest popularny wśród młodych osób".

Jednak nie wszystkich ten pomysł bawi. Na przykład ambasador Izraela, pan Itzhak Shoham, jest przeciwny takiemu trywializowaniu wspomnienia okresu nazizmu i uważa, że ta działalność rani uczucia społeczności żydowskiej i każdej cywilizowanej osoby.

Pytanie, czy sam pomysł i jego popularność można wytłumaczyć ignorancją tajskiego społeczeństwa w odniesieniu do okresu panowania Hitlera w Niemczech i zbrodni z tym związanych? Tak wyjaśnia (ale nie usprawiedliwia) to zjawisko Abraham Cooper z Simon Wiesenthal Centre w Los Angeles, które zajmuje się monitorowaniem zjawisk związanych z neonazizmem na świecie. 

 

Źródło: http://www.cnngo.com/bangkok/life/hitler-chic-trend-138530

Strona Nasdaq ujawnia imię i nazwisko pomysłodawcy "nazi-trendu" - jest nim  Ekachai Usapanitch. Artysta dostrzega dwa podejścia do jego pomysłu: jednym ludziom się one podobają, innym nie (normalnie brawo za odkrywczość...). I tłumaczy dalej: kiedy mówi ludziom, że to sztuka, to oni wtedy rozumieją. Inni jednak nie rozumieją nadal i nadal uważają, że to co artysta robi, jest złem. W podlinkowanym filmiku pada również informacja, że artysta został zmuszony do wycofania koszulek ze sprzedaży po wizycie ambasadora Izraela. Dziennikarka na koniec pyta: czy to moda, czy to ignorancja?

Do mnie ten pomysł kompletnie nie trafia. Hitler jako nowa ikona popkultury? Jestem na nie. Dlaczego Powód jest prosty: byłam na dwóch "wycieczkach" (słowo nietrafne, ale tak się owe wyjazdy nazywały) w obozach koncentracyjnych. Uważam, że jakiekolwiek wcielanie wydarzań z tego okresu w popkulturę jest niestosowne, dla mnie to nie jest sposób w jaki należy odnosić się do tego czasu w historii, to co się wydarzyło, jest dla mnie zbyt straszne. Podobne uczucia mam w stosunku projektu Zbigniewa Libery, który stworzył klocki lego, z których można zbudować obóz koncentracyjny - i nie pomaga temu nawet fakt, że jeden z zestawów lego trafił do Muzuem Żydowskiego w Nowym Jorku (choć z drugiej strony może pojawić się pytanie, dlaczego klocki lego zostały zaakceptowane przez jakąś część żydowskiej diaspory - w końcu same do muzeum nie weszły, a koszulki z popkulturowym obliczem Hitlera są absolutnie nie do zaakceptowania? Automatycznie zatem pojawia się kwestia: "dzieło sztuki" a przedmiot, na który jest popyt na rynku).

Pisałam kiedyś o Mao - ale w tym przypadku sytuacja jest trochę inna, ponieważ wizerunek Mao wykorzystywany jest przez przedstawicieli tego kręgu kulturowego, jednak okres panowania Mao w Chinach jest również daleki od sielanki. W tym przypadku nie znalazłam informacji, żeby ta sprawa budziła tak wielkie oburzenie, jak sprawa "nazi-szyku". A jednak ten chiński dyktator nie tylko staje się, ale po prostu jest już częścią popkultury, co na pewno wpływa na jego wizerunek wśród młodszych pokoleń. Mogę jedynie przypuszczać, że i wśród narodu chińskiego są i tacy, których ten pomysł niejako poraża swoją infantylnością, jak i tacy, którzy nie widzą w tym niczego niestosownego, ot Mao-zabawki i inne takie. W zeszłym roku widziałam owe Mao-zabawki na wystawie w Wiedniu, więc czy to oznaczałoby, że to jednak "dzieła sztuki" są? Kuriozalne.

Ostatnią sytuacją, którą chciałabym przywołać dla porównania, jest suknia zaprojektowana przez Karla Lagerfelda, tzw. "Quran dress" z 1994:

Źródło: http://www.tdbimg.com/files/2009/07/15/img-article---honigman---chanel_164529174452.jpg 

Ten projekt z kolei był obraźliwy dla społeczności muzułmańskiej, ponieważ na sukience zostały umieszczone wersety Koranu. Dom mody Chanel przeprosił społeczność muzułmańską za tę suknię, podobno została zniszczona.

Przywołałam te dwa pozostałe przykłady, żeby pokazać przypadki wykorzystania albo wizerunku dyktatora w popkulturze, albo sytuacji, w której część odzieży jest w jakiś sposób obraźliwa dla części ludzkości (w tej drugiej sprawie można też wrócić do kwestii wykorzystania wzorów Indian Nawaho przez firmę Pendleton - wpis tu).

Czy odbieram sprawę "nazi-szyku" jako niestosowną, bo to jest część historii "mojej" części świata? Czy w związku z tym, że historia krajów Azji jest dla mnie w powalającej większości białą kartą, to nie mam tak negatywnych odczuć wobec wykorzystywania wizerunku Mao w popkulturze jak w przypadku wizerunku Hitlera? Czy właśnie boleśnie uświadamiam sobie własny relatywizm? 

Jak ważne jest to, kto, co, jak i gdzie tworzy dla oceny końcowego produktu jako "modnego" lub "obraźliwego"? 

Nie potrafię sobie odpowiedzieć satysfakcjonująco na to pytanie. 

P.S.1.  Artykuł, z którego skorzystałam pisząc o "nazi-szyku", znajduje się tu

P.S.2.  I szukam wciąż informacji, co na to McDonald, że jego maskotka ma oblicze Hitlera lub Mao? Przecież nie mogą o tym nie wiedzieć...

Tagi: etyka
21:10, modologia , etyka
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 kwietnia 2012
Kobieta Doskonała i Mężczyzna Doskonały

Nie tak dawno pisałam o uroczym opisie baskinki, a tymczasem w moim poznańskim grodzie, pod nosem, dzieją się takie rzeczy, że afera baskinkowa przy nich blednie. Prawie codziennie ze skrzynki pocztowej wysypuje się masa różnej maści ulotek i gazetek, które pierwszy rzut oka skazuje na niebyt w koszu na papier. Czasem jednak coś w tej masie przerobionych drzew przyciągnie uwagę, a moim przypadku owym "cosiem" jest kolor. Coś błysnęło na kolorowo, więc łapnęłam gazetkę i zdecydowałam przyjrzeć się temu bliżej. Okazało się, że to katalog poznańskiej galerii handlowej "Panorama". Zaczęłam kartkować i przeglądać sugerowane trendy na wiosnę-lato 2012. Niby nic rewolucyjnego, aż tu nagle, niemal w sercu katalogu (wyznaczanym niejako przez spinacze) objawiły mi się dwa obrazy: Kobiety Doskonałej i Mężczyzny Doskonałego. Popatrzyłam na zdjęcia, przeczytałam podpisy i z lekka zamarłam. 

Panie i Panowie, oto Kobieta Doskonała i Mężczyzna Doskonały w sezonie wiosna-lato 2012:  

 

Jaka jest owa Kobieta Doskonała?

A oto Mężczyzna Doskonały:

Poznajmy i jego bliżej:

No i co tu widać: na fotografiach i w tekście?

Po pierwsze: Kobieta Doskonała (zwana dalej KD) jest "pracująca, aktywna, zadbana", a Mężczyzna Doskonały (zwany dalej MD) - no on po prostu JEST, jakiekolwiek dopiski są zbędne.

Po drugie: jak mniemam katalog ma zachęcić klientelę do zakupu przedstawionych na fotografiach przedmiotów. Abstrahując od poszczególnych części odzieży zwracam Waszą uwagę na "gadżety" przypisane KD i MD (nie widać tego na skanach, więc piszę): otóż MD ma do swojej dyspozycji piłkę, grę play station i dwa modele telefonów komórkowych. MD nie zawraca sobie głowy kosmetykami, które z kolei stanowią ważny element obrazu KD: lakier do paznokci, olejek do paznokci (co???), szampon, odżywka (no to już znam), krem nawilżający do włosów (a to nie jest odżywka?) i serum do włosów (co???). A gadżety kobiety to deska do prasowania, żelazko i telefon komórkowy (sztuk jeden). Nie wiem tylko jak zaszufladkować darowany KD komplet ręczników...

Po trzecie: fotografie. KD występuje w jednej tylko konstelacji, czyli prasuje, rozmawiając równocześnie przez telefon - obydwie te czynności wykonując naturalnie w szpilkach (i stoi na jednej nodze - szacun!). Z kolei MD ma chyba ucieleśniać coś takiego, co się czasem określa "sportowym luzem i elegancją w jednym", a co w praktyce oznacza trampki do garnituru. Trzy ujęcia - w tym dwa z telefonem (jeden model w okularach przeciwsłonecznych, drugi bez), a ostatnie z gadżetami mężczyzny czyli piłką i grą do play station. 

Po czwarte: opisy dramatis personae. Jak jest, widać biało na niebieskim. Ktoś prasuje, by oglądać futbol mógł ktoś...

Po co mi ten przykład? Ano po to, żeby przywołać dwa podejścia usiłujące odpowiedzieć na pytanie: co sprzedaje produkt?

Z jednej strony można argumentować za tym, że to opis nadaje znaczenie ilustracji, dzięki opisowi czytający zrozumieją dlaczego coś wygląda jak wygląda i (pośrednio lub bezpośrednio) co mają z tym fantem zrobić (czyli w tym przypadku: kupić dany produkt) i osiągnąć wskazany cel (uszczknąć coś dla siebie z tego ideału jakim są KD i MD). Zwolennikiem takiego podejścia jest m.in. Roland Barthes, autor książki, którą śmiało można określić "koszmarem semiotyka" - chodzi o jego pracę "System mody". 

Drugie podejście to druga strona medalu, czyli: to przede wszystkim obraz sprzedaje produkt, a rola opisu jest drugorzędna, żeby nie powiedzieć nieznacząca. I to podejście wspiera pan Brian Morean.

Jednak jako że medal ma dwie strony, najlepiej (najpewniej) połączyć jedno z drugim, żeby ograniczyć pole niedopowiedzeń i stworzyć spójny obraz przekazu.

Dlaczego mi ręce opadły czytając te teksty i przyglądając się zdjęciom? Bo myślę sobie, że stereotypowe postrzeganie roli kobiety i mężczyzny wciąż trzyma się mocno. Bo nawet jeśli ja to tutaj obsmaruję, to jednak znajdzie się ktoś, kto potraktuje te opisy bardziej serio i zakupi serię produktów, żeby zbliżyć się w ten sposób do kreowanego ideału. Bo jestem przekonana o tym, że rzeczy same w sobie nie są szczególnie ciekawe - ciekawe jest to, jak je nazywamy i opisujemy, jak za pomocą słów i nadawanych im znaczeń kreowane są różne światy. 

Świat z tych ilustracji pokazuje kobiecie i mężczyźnie gdzie ich miejsce. Nie są to jedyne ilustracje z katalogu, które odwołują się do "wskazań" dla płci obojga, ale najbardziej skrajne (w moim odczuciu). Ta gazetka potencjalnie ma dotrzeć do tysięcy odbiorców - biorąc pod uwagę tylko najbliższą okolicę wspomnianej galerii handlowej. Ile osób pomyśli, że "tak jest", bo w końcu zrobili katalog jacyś ludzie, co się znają na temacie, więc jeśli chcę być jak KD, to powinnam...  

Na szczęście w modzie panuje sezonowość. Będę więc wyczekiwać kolejnego katalogu licząc, że trendy na jesień-zimę 2012/2013 pozwolą też i KD mieć "pasje i zainteresowania" oraz "chwile wytchnienia", a "proza dnia codziennego" nie odbierze MD "stylu i dbałości o wyjątkowy image", który udało mi się nabyć w czasie Świąt Piłki Nożnej.  

piątek, 27 kwietnia 2012
Recenzja prawdę Ci powie

Tak sobie czytam różnorakie recenzje z łódzkiego tygodnia mody (nazwa angielska nie chce mi przejść przez palce na klawiaturę...) i wydaje mi się, że osoby recenzujące (opisujące?) pokazy dotykają pewnych wspólnych obszarów bez względu na osobę projektującą ubrania (dalej zwaną OP), innymi słowy: posługują się pewnymi terminami-wytrychami, które wedle własnego zdania i sumienia wykorzystują na korzyść bądź niekorzyść opisywanej kolekcji. O co chodzi?

Wydaje mi się po owej lekturze recenzji, że w recenzji zwraca się uwagę na następujące aspekty:

  • czy OP dała widowni pewne zaskoczenie (najlepiej pozytywne, choć zaskoczenie in minus to też zaskoczenie) - czyli co? Czyli pojawiło się coś nowego - w końcu moda zmianami stoi, ale takie naprawdę nowe, a nie coś, co już na wybiegu widziano, bo wtedy nie ma mowy o ...
  • ...kreatywności. Słowo-klucz. Podstawą pracy OP jest kreatywność, jej brak obniża rangę OP, a docelowo zapewne i sprzedaż. Odgrzewanych kotletów nie chce nosić nikt. Choć z drugiej strony, jeśli coś już było u danej OP na wybiegu i pojawia się znowu, to mamy...
  • ... rozpoznawalny styl. To już coś. Chyba wierność raz wybranemu pomysłowi na własną twórczość jest czymś cennym. Jednak gdzie przebiega granica między "rozpoznawalnym stylem" a "powtarzalnością" w sensie: to "naprawdę nic nowego"? Odpowiedź na to pytanie wciąż jest dla mnie zagadką. Jeśli rozpoznawalnego stylu jeszcze nie ma, to mamy...
  • ... poszukiwanie stylu. To jest najwyraźniej dobre, jeśli OP jest młoda, nie ma zbyt wielkiego doświadczenia, "widać", że się uczy, a w myśl "szukajcie, a znajdziecie" być może dobrze rokuje na przyszłość. Czasem jednak poszukiwanie jest uznane za zbyt wtórne, by mogło być docenione i wówczas najlepiej cofnąć się we własnym uznaniu siebie za OP, i cofnąć się do etapu rzemieślniczego. Bo...
  • ... wykonanie - to kolejna istotna rzecz. W odczuciu osoby to piszącej nawet najistotniejsza, bo wizja ubrania, które w najmniej oczekiwanym momencie pęka nie jest szczególnie kusząca. Dobrze wykonane ubranie jest dobrą podstawą dla dobrej recenzji. Dobre rzemiosło zawsze się obroni. Niemniej odnoszę wrażenie, że rzemiosło jest jednak mniej istotne niż...
  • ... inspiracja. Jak ja coraz bardziej nie znoszę tego słowa. Zacznijmy od krótkiego pytania: co sprzedaje kolekcję: same ubrania? Czy może ich opis? Marketingowo niby najlepiej połączyć jedno i drugie (moja prywatna opinia), ale od czasu jak przeczytałam opis "inspiracji" dostępny na stronie tej firmy w postaci: "Kolekcja została zainspirowana fakturą opadających piór, na bezwładnie ułożonym ciele martwego ptaka" jestem nastawiona nieco sceptycznie w kwestii opisów. Oczywiście, nie musi mi się podobać i oczywiście mam prawo do własnej, subiektywnej opinii, że nie chcę nosić ubrań, które zostały zainspirowane martwym ptactwem. Niemniej przyznaję, że choć opis do mnie nie przemawia, to nie mogę odmówić mu pewnej oryginalności i efektu w postaci: zapamiętałam tę firmę. Czyli 1:0 dla firmy ;) Ale najwyraźniej każda kolekcja musi być czymś zainspirowana i słusznie jest ubraniom dorabiać historię, bo oglądający i potencjalni klienci kupują przecież nie tylko rzecz, ale historię. Tu skończę dywagację, bo to jest pomysł na osobny wpis, który rośnie mi w głowie. Co jeszcze zostaje? Hmm...
  • ... spójność. Najwyraźniej spójność kolekcji jest kolejnym elementem niejako predestynującym do zyskania plusa w opinii osób recenzujących. Bo jak elementy wyglądają jak pochodzące z różnych parafii, parafii zbyt daleko od siebie leżących, to czasem jest dramat. Brak spójnej wizji, no co to ma być? No chyba, że brak spójności jest elementem spajającym (czyli nie wiadomo do końca, o co chodzi, a jak nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie to jest postmodernistyczne, ha!)

Tyle moich spostrzeżeń. Na koniec swoista wisienka na torcie, czyli kategoryzowanie osób recenzujących pokazy mody: mamy blogerki (przypadkiem same kobiety) i ekspertów (przypadkiem samych mężczyzn). Rozumiem potrzebę porządkowania, sama mam niejaką manię w tym zakresie, niemniej: litości! Trochę wychodzi na to, że blogerki to taka osobna grupa recenzentek, która jak widać na modzie się zna, ale na miano "eskpertek" póki co nie zasługuje. I absolutnie idiotycznie wyszło (wyszło jak wyszło), że panie są po jednak stronie, a panowie po drugiej. 

Bez względu na rodzaj uwag wypisanych powyżej dziękuję wszystkim, którym chciało się zasiąść przed komputerami i opisać, co widzieli, co o tym myślą i dlaczego tak, a nie inaczej. Dzięki recenzjom i towarzyszącym im zdjęciom osoby nie biorące udziału w tygodniu mody mogą poznać różne punkty widzenia i docelowo wyrobić sobie opinię własną. Dziękuję :) 

sobota, 21 kwietnia 2012
Bikiniarze - pierwsza polska subkultura

Miało być o książce, a w dodatku o dobrej książce - no to jest. A dlaczego jest dobra?

Zboczenie zawodowe każe mi w przypadku wszelakich "opracowań przedmiotu" zaraz po przeczytaniu tytułu spojrzeć na bibliografię. I w tym przypadku - kapelusze z głów wobec pracy wykonanej przez autora. Ilość miejsc, które chciało mu się odwiedzić i lektur, z których korzystał doceni każdy, kto szukał "tej jedynej informacji" w przepastnych tomiszczach bibliotek i archiwów. I dopiero taka wiedza pozwala na stworzenie książki, którą - jak to się potocznie ujmuje - profesor doceni, a sprzątaczka zrozumie. Często bowiem w tzw. opracowaniu naukowym roi się od różnych -izmów, - acji oraz post-sformułowań, a także dziwnych tworów w rodzaju słów takich jak "(de-)konstrukcja". Być może w zamierzeniu ma to wskazywać na (nad-)erudycję* autora bądź autorki, ale dla zwykłych czytelników jest po prostu niestrawne. A tu mamy rzeczowo, zrozumiale, dogłębnie i z elementami wywołującymi co rusz uśmiech na twarzy.

Zatem kim był bikiniarz? W propogandzie PRL-u występował jako osobnik co najmniej podejrzany:

Źródło: http://www.youtube.com/watch?v=Ys7ywCbpZlY

Pierwsza refleksja, jaką mnie ów filmik natchnął, to: muszę sobię sprawić kapelusz-naleśnik, bo świadczy "wiecie-o-czym" ;) A poza tym, z takim rondem jak na rysunku poniżej to żadne słońce nie będzie mi straszne, a oszczędność na kremach z filtrem oczywista:

Źródło: http://achtak.blogspot.com/2011/04/bikiniarze-czyli-sow-kilka-o-pierwszej.html

Bikiniarze w Polsce nie wzięli się znikąd, byli raczej odbiciem ogólnoświatowego ruchu młodzieżowego, tzw. pokolenia '52, którego początki przypisuje się subkulturze Amerykanów meksykańskiego pochodzenia (tzw. pachucos lub chicanos). Jak podaje Autor:

Ich specyficzna postawa życiowa i styl noszenia się wraz z kulturą murzyńskich jazzmanów z gett Północy i subkulturą czarnego Harlemu miała wpłynąć na ukształtowanie się zjawiska społecznego i pewnej postawy życiowej znanej jako zoot suit. Zooters (...) wywodzili się z kolorowych mniejszości w Stanach Zjednoczonych. Reprezentowana przez nich postawa wobec rasizmu i białej władzy przyjęła formę zorganizowanej kultury ulicznej z własną ideologią i hierarchią wartości.

Styl zooters'ów przeniknął następnie do podobnych ruchów młodzieżowych na świecie - np. francuskich zazous. Z drugiej jednak strony korzeni polskiego bikiniarza niekoniecznie należy szukać w pokoleniu'52, ale już w latach trzydziestych,  w grupie tzw. tombakowej młodzieży - entuzjastów jazzu w okresie międzywojennym.

Bikiniarz nie występował w formie samotnej, towarzyszył mu kociak (istota żeńska), który z pełną szczerością stwierdzał: "uważam, że to moja rzecz, jak się czesać ubierać i bawić". Coż, pewne postawy się nie starzeją ... ;)

Książka jest pełna anegdot-perełek o tym, jak bikiniarze się nosili, jak byli przedstawiani na karykaturach, ale także - mniej już zabawnie - o tym, jak i dlaczego byli postrzegani jako "wrogowie systemu".

Za cenę raptem kilkunastu złotych dostajemy produkt, którego zawartość (w porównaniu z wieloma innymi modowymi książkami, jakie mam za sobą) jest rewelacyjna. Trudno powiedzieć, co można byłoby napisać lepiej. Zawsze można napisać więcej - i w tym przypadku naprawdę chętnie sięgnęłabym po wersję i trzykrotnie grubszą, bo po prostu mi żal, że już się skończyła (zawsze mogę jednak zacząć czytać od początku!). Może można byłoby zrobić twardą okładkę i może uzupełnić lekturę zdjęciami - ale naprawdę: wobec tak dobrze opracowanej treści to nie ma się co czepiać. Nawet nie chcę się czepiać. Polecam i już. 

To jest książka, którą swobodnie można przetłumaczyć na obce narzecza, żeby uzupełnić wiedzę o francuskim zazous i brytyjskim teddy boy'u o polskiego bikiniarza. I nie ma co pisać: "dobre, bo polskie" - to jest po prostu dobre, a dobre rzeczy nie wiążą się z jakimś konkretnym pochodzeniem.

Zatem czytamy: Maciej Chłopek "Bikiniarze. Pierwsza polska subkultura", Wydawnictwo Akademickie "Żak", Warszawa 2005. 

Źródło: http://merlin.pl/Bikiniarze_Maciej-Chlopek/browse/product/1,399033.html#fullinfo

*A co! też potrafię stworzyć takie słowo! 

Tagi: wyczytane
20:20, modologia , wyczytane
Link Komentarze (4) »
wtorek, 17 kwietnia 2012
Moda i kreatywność

Skąd można brać pomysły na nowe kreacje? Na przykład z filmów można. Można też szwędać się bez celu, śledzić ludzi na ulicach, żeby podpatrzeć, co mają na sobie lub wymyślać nowe rzeczy ot tak, po prostu z nudów. Choć gdyby kryterium szybkiego nudzenia się było warunkiem kreatywności w tworzeniu nieistniejących dotąc strojów, to najprawdopodobniej udało mi się zmarnować największy z moich talentów ;) 

Jednak bez znudzenia obejrzałam sobie występ niejakiego Isaaka Mizrahi o kreatywności w modzie właśnie. 

Źródło: http://www.youtube.com/watch?v=eSn6GP0UhKM

O istnieniu pana Mizrahi dowidziałam się dziś, zupełnym przypadkiem, bo szukałam "czegoś ciekawego" w niezmierzonych zasobach siecie. "Szukajcie, a znajdziecie" okazuje się być niezwykle trwałym sloganem ;)

Isaac Mizrahi słynie podobno z budowania mostów między "wysoką" a "niską" modą - czyli innymi słowy oferuje luksus dla zwykłych zjadaczy chleba. Jego strona internetowa sprawia wrażenie, że jest to człowiek niezwykle zajęty - nie tylko projektowaniem, ale i masą innych rzeczy. Zreszta, można to samodzielnie sprawdzić tu. Może też w tym tkwi część tajemnicy jego sukcesu: wygląda ponad szkicownik i maszynę do szycia (dyletancka uwaga na temat projektanckiego żywota, wiem).

Jednym z fragmentów, na które najbardziej zwróciłam uwagę w wystąpieniu pana Mizrahi były szkice kostiumów do opery "Król Artur" - prawdopodobnie dlatego, że od razu przypomniały mi się kostiumy z poznańskiej "Madragory", o których zasadniczo wolałabym zapomnieć. Ale za obejrzenie "Króla Artura" z tak ubranymi tancerzami dałabym się pokroić.

Poza szybkim nudzeniem się jeszcze jedna rzecz łączy mnie z tym panem: patrzenie na świat przez pryzmat jedzenia. Ale tego wątku nie będę wprowadzać na bloga, bo to zbyt osobiste ;) Ale jeśli nudzenie się i spotrzeganie rzeczywistości przez pryzmat spożywczy sprzyjają kreatwności, to chyba widzę światełko w tunelu do mojej przyszłości. No, to idę w stronę światełka. Na razie!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Zakładki:
1. O MNIE
2. WYDARZENIA
3. INTERSUJĄCE
4. WINTYDŻ
5. EDUKACJA
6. WYSTAWY STAŁE
7. WYSTAWY CZASOWE
8. WYSTAWY - ZAPOWIEDZI
9. ARCHIWALNE